piątek, 29 listopada 2013

Szybki pościk prezentujący...

Tak na szybko. To moje ostatnie maskoty i poduchy. Niebawem nowe. 

Zamówień sporo, no i próbuję się przygotować do kiermaszu a czasu już bardzo, bardzo mało... A na kiermasz serdecznie zapraszam :-)






Dwie sowy szare...




Mała sówka przytulanka







Poduchy z imionami







Mietek cały w kwiatach ;-)





Tadzik w nowym wcieleniu




Skarpeta świąteczna z Rudolfo :-)





czwartek, 28 listopada 2013

Nasza pierwsza MEGAHISTERIA!!!

No. To tak. Dzisiaj pobudka była mniej więcej o 3.30. Żeby było ciekawiej to niestety w baaardzo złym nastroju...

Maruda przeokropna. Tego nie, to tak, ale nie... Zmiana pieluchy - prawie zapasy...

Foch! 

Tata coś powiedział - to go bach łapskiem... Uuuuu! Tacie to się nie spodobało. Wziął Zośkę na ręce posadził na fotelu i siedzieć kazał za karę. A Zośka myk z fotela, do drzwi - "Ja cie babi i dziadzi". No i teraz dopiero się zaczęło. Tata w pełnym, milczącym porozumieniu z mamą na wyjście z pokoju nie pozwolił. A że Zośka zawzięta jest to tata pod drzwiami kawałek nocy spędził. 

No całkiem konkretny kawałek bo jak się tak Zocha rozdarła to skończyła tak mniej więcej za minut czterdzieści... W między czasie, mała przerwa. Matka mówi "Już uspokój się. Choć przytul się do mamy" No i tym sposobem matka też prawie zaliczyła ciosa wymierzonego małą rączką...
"Ja cie do baaaaabiiiiii!  Baaaaabooooo!!! Dziaaaaadziooooo!!!!!"

No słuchajcie. MASAKRA!!! To była naprawdę nasza pierwsza tak wielka histeria. Pewnie, że nam się zdarzały histerie, ale góra dziesięć minut i po sprawie. Szło ugadać, zagadać osobę. A tutaj czterdzieści minut jak nie więcej. Łatwo nie było, przyjemnie nie było, ale odpuścić nie można. Na szczęście babcia i dziadek też stanęli na wysokości zadania i żadne nie weszło do nas ani nie odpowiedziało na jej wołanie. 

No i jeszcze to wymachiwanie łapką. Z tego wszystkiego to chyba było najgorsze.

Zły dzień?  Może... Oby tylko się nie powtórzył...

p.s. A na zajęciach podobno napiła się płynu do robienia baniek... O nic nie pytam... Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem...

p.s. 2 tata niedawno zakupił sobie taki oto kask potrzebny mu w pracy... pasuje jak ulał ;-)



Zdjęć było więcej, lepszych nawet, tylko na każdym z zezem - ten daszek jest bardzo intrygujący ;-)

środa, 27 listopada 2013

Śpiąca-nieśpiąca królewna...

Nie pisałam bardzo, ale to bardzo dawno.

Czasu brak. Dzieje się się dużo.

Ale że mnie to niepisanie zezłościło to się zmobilizowałam i piszę. 

Pisać o czym jest, ale o wszystkim się przecież nie da. Będzie więc o Zośce.

Zofia - córka moja jedyna, ukochana, najwspanialsza, najcudowniejsza na świecie - popsuła się :-( I to jak się popsuła - ze spaniem niestety jej się popsuło.

A wszystko zaczęło się jak zachorowała na początku października. Jak jest chora to zawsze to się jakoś rozreguluje ale potem wraca a właściwie wracało do normy. Niestety nie tym razem. 

Zośka postanowiła zostać rannym ptaszkiem, albo raczej ptaszyskiem. Jej już "normalna" godzina pobudki to okolice czwartej... Zdarza jej się pociągnąć do piątej a nawet do piątej trzydzieści. Ale też raz rozpoczęła dzień o drugiej w nocy.

Najpierw słyszę "Mama ja cie manam!" 

Po dwudziestym razie - ulegamy i tata leci do lodówki po Monte a mama musi nakarmić. 

"Nie jubie noci! Włoć lape!" 

Ulegam włączam lampę. 

"Ja cie Miti" 

Ulegam włączam Micky. Zocha ogląda, my próbujemy przysnąć... 

"Mama ja cie tulutki!" 

"O nie kochana! Parówek w łóżku jeść nie będziemy!"

Tak wiem, też mi się wydawało, że muszę ją po prostu przetrzymać w dzień - umęczona prześpi całą noc. Nic z tych rzeczy...

Nie idzie jej uśpić tak jak kiedyś po południu. Rzadko bardzo daje się ululać w wózku. Ale za to sama tak między piętnastą a siedemnastą (w zależności od tego o której wstała rano) pada na twarz i zasypia. I super - gdyby to była krótka drzemka. Niestety jak Zofka zaśnie, to mogłaby tak już ciągnąć do rana - tzn. do trzeciej w nocy na przykład. Trzeba więc ją budzić, a łatwe to to nie jest. Oj nie. Trup, nieboszczyk! I zwykle jest nie do wytrzymania po takiej pobudce i pada o dwudziestej.

A tak było wczoraj, coś koło siedemnastej...



Ale wiecie co, na początku była cięęęęężko, ale idzie się przyzwyczaić ;-)

środa, 20 listopada 2013

Nie mam czasu...

Zupełnie nie mam czasu na pisanie :-( W zasadzie to nie mam czasu na nic. Szyję, bo sporo zamówień (to dobrze). Od poniedziałku przez dwa tygodnie rehabilitacja kręgosłupa w beznadziejnych godzinach bo od 13:20 do 15:30. Ale jak się czeka ponad rok to się przy godzinach nie marudzi...

Wpis ten znowu tylko, żeby pokazać co nowego się uszyło. I tak oto...



NOWE SOWY









NOWY PAN





PODUCHA DLA PATRYKA




I NAJNOWSZA PODUCHA W PTASZKI :-)






środa, 13 listopada 2013

Trochę nowego...

Czasu ostatnio zupełnie nie mam na pisanie, ale postaram się poprawić... Niebawem...

A czasu nie mam bo szyję. I dzisiaj właśnie się chwalić znowu będę. 

Bardzo proszę. Jeśli komuś coś w oko wpadnie to serdecznie zapraszam do składnia zamówień. Wystarczy napisać maila albo odezwać się do mnie na FB :-)

Nowa poducha SOWA w "kurczaki" ;-)

















Słoń Mietek w dwóch nowych odsłonach






Dwie nowe sówki przytulanki :-)










PAN na różne sposoby ;-)




























No i metki! Mam swoje metki, które są takie piękne, cudne, wspaniałe :-)


niedziela, 10 listopada 2013

Moja "chińszczyzna"...

Dzisiaj będzie kulinarnie BO już dawno nie było, BO dzisiaj na obiad było jedno z naszych ulubionych dań :-)

Moja "chińszczyzna" nic z chińszczyzną nie mająca wspólnego. Dawno temu wymyślona. Uwielbiana przez wszystkich, poza Zochą ;-) Na razie...

Składniki potrzebne na dwie osoby z opcją dużej dokładki lub pozostawienia na dzień następny ;-)

- filet (podwójny) z kurczaka
- 1 brokuła
- 2-3 marchewki średnie
- 2 papryki czerwona i pomarańczowa lub żółta
- olej (do smażenia)
- papryka słodka (1/3 łyżeczki)
- sos sojowy-grzybowy - 50 ml

Fileta kroimy w małe (1,5 cm) kawałki. Wrzucamy na patelnie z rozgrzanym olejem, doprawiamy tylko papryką słodką i smażymy aż zaczną się robić złote.





Jak już wygląda tak, to wyjmujemy z patelni na talerz. Ja wtedy delikatnie sole po wierzchu, ale nie jest to konieczne.

Na patelnię (można troszkę dodać oleju) wrzucamy marchewę pokrojoną w słupki.



Jak marchewa delikatnie zmięknie, dodajemy paprykę pokrojoną w paski.



Następne w kolejności są brokuły.



Warzywka smażymy pod przykryciem aż zmiękną. Wtedy wstawiamy też ryż do gotowania (12-15 min). 

Jak warzywka zmiękną dorzucamy kurczaka i całość zalewamy sosem sojowym. Dokładnie mieszamy. Chwilę smażymy pod przykryciem. Potem odkrywamy i do końca smażymy już bez przykrywki, tak aby sos sojowy nam odparował.




Podajemy z ryżem na sypko ugotowanym.

SMACZNEGO :-)

czwartek, 7 listopada 2013

Co za... beznadzieja...

Ja pierdzielę, co za dzień!

Rano niby spoko, w miarę ogarnięte. Wszystko się jakoś układało.

Po południu też w sumie OK. Zaczęłam szyć zamówienie na poduchę sowę i PANa. 

Sowa uszyta. Wyszła superowa. Fioletowa. Śliczna :-)


















Trochę przerwy. Pan wykrojony. Zaczynam szyć, a maszyna zaczyna coś marudzić... Nić się splątała. Odplątałam. Uszyłam nóżki, jedną rączkę i... szlak maszynę trafił!

A mnie przy okazji też zaraz trafi. Kurde co za niefart. Zamówienie zapłacone, w połowie zrobione a tu taka porażka. 

Na nie mam ja jakoś farta, oj nie mam. Zawsze pod górkę. Zawsze! :-(

I jeszcze na dodatek menżowi się telefon, całkiem nowy (pół roku ma dopiero) popsuł :-( Buuuu 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Powtórka z rozrywki...

Ani rozrywkowo, ani wesoło wcale nie było :-(

W nocy z soboty na niedzielę około pierwszej Zośka wymiotowała. Nic strasznego, ale zawsze. Zasnęła szybko ale po godzinie obudziła się gorąca jak piecyk. Termometr pokazał powyżej 39 stopni. Na szczęście Panadol zadziałał, ale tak czy siak dzień zaczął nam się o drugiej w nocy... 

Dalej było jako tako. Pierwsza godzinna drzemka koło dziesiątej. Stan podgorączkowy, nic poważnego. Po drzemce Zofia całkiem energiczna i uśmiechnięta. 

Około szesnastej termometr pokazał nam znowu prawie 39 stopni. Szybko Pandadol, Zofka zasnęła prawie natychmiast. Obudziła się po półtorej godzinie ale niestety gorąca jak diabli i niestety tym razem termometr pokazał coś powyżej czterdziestki! 

Telefon do pana doktora! Wyłączony! 

Na to na dyżur. Matka - stan mocno skupiony mega stresowy i zdecydowanie przedzawałowy! 
Tata -  jak wyżej. 
Babcia - duuuuża panika. 
Dziadek - ciśnienie chyba ze dwieście.


A Zośka - boska, cudowna, słodka, ugodowa tylko trochę zdechlakowata. 

I nawet u pani doktor nie było wielkiego dramatu. I można się było potem chwalić "Dzielna byłam badzio" :-) I ile radości w "nofych bilopóf" :-)

Jezu jak ja nienawidzę takich akcji!  Pani doktor podejrzewa początki grypy żołądkowej. I może faktycznie to grypa. Efektów hardcorowych (poza gorączką) nie ma bo szczepiona przeciwko rotom.

Dzisiaj na szczęście już w porządalu. A w nagrodę dla dzielnego pacjenta Matka uszyła przytulankę. 

"Zosiu jak nazwiemy?"
"Nie fiem. Mozie Pan?" :-)








Zocha, Tutti i Pan :-)